Dzisiaj jest: 19 grudnia 2018, Imieniny: Beniaminy, Dariusza, Gabrieli Zadaj pytanie Burmistrzowi Facebook Twitter Instagram Youtube RSS

Internetowe wydanie Kuriera Wolskiego - wszystkie numery

Wybierz miesiąc:
Numer: 27/328
Plik: zobacz
Data: 30 kwietnia 2009
Artykuły:
Numer: 26/327
Plik: zobacz
Data: 16 kwietnia 2009
Artykuły:
  • Z przewodnikiem po urzędzie – Wydział Obsługi Mieszkańców
  • Mieszkańcy kamienicy Bema 81 walczą o godziwe warunki mieszkaniowe
  • Święto Miłosierdzia Bożego na Woli!
  • Grażyna Bacewicz
  • W kwietniu, jeszcze kilka miesięcy przed wybuchem Powstania Warszawskiego, dostaliśmy polecenie, by w pracowni przy ul. Grodzieńskiej na Pradze gromadzić sprzęt radiowy i urządzenia zasilające do łączności na bliskie odległości. 23 lub 24 lipca jedną z naprawionych radiostacji w celu kontroli mieliśmy przewieźć do Śródmieścia.

    Kiedy przechodziliśmy przez ul. Białostocką, na tyłach monopolu „Koneser” zatrzymał nas patrol niemiecki. Niemcy ładowali coś do stojących na bocznicy wagonów, ale któremuś wpadło do głowy, by nas skontrolować. Było nas 3, z czego 2 posiadało broń. Ja miałem parabellum, kapryśny pistolet, ale wtedy się sprawdził. Kiedy zobaczyliśmy, że żołnierz wyciąga „PM” (pistolet maszynowy – red.), my byliśmy szybsi i Niemiec dostał.

    Potem zaczęła się straszna strzelanina. Zza muru, oddzielającego Dworzec Wileński od Białostockiej, Niemcy zaczęli do nas strzelać, ale bardzo niecelnie. Widzieliśmy jak pociski odłupują kawałki muru – do niedawna były tam jeszcze ślady. Kolega z paczkami biegł pierwszy i dostał postrzał w płuca. Wystarczyło mu jeszcze sił, by dobiec do ulicy Markowskiej, gdzie schowali go kolejarze. Przeżył.

    Niestety w strzelaninie zginął, nie wiadomo od czyich strzałów, przypadkowy cywil, starszy człowiek. Nam udało się wyjść bez szwanku i uratować cały sprzęt. Gdy wróciliśmy z powrotem na Grodzieńską, Kazio Umiński chciał sprawdzić, czemu zaciął mu się pistolet. Zarepetował, broń się odblokowała i strzelił mi w nogę. Na szczęście pocisk przeszedł na wylot, prawie nie uszkadzając mi kości.

    Tak więc na początku kulałem, ale od połowy Powstania już normalnie chodziłem. Kiedy dostaliśmy rozkaz ewakuacji wszystkich urządzeń z pracowni „Philips”, przyjechał nasz kolega Edward Rażniewski „Dziuniek”, który pracował w niemieckiej firmie transportowej jako kierowca. Wszystko zostało załadowane, mnie upchnęli pod plandekę i jedziemy.

    Na moście Kierbedzia zatrzymywali prawie wszystkie samochody. „Dziuniek” szybko pokazał dokument, że wiezie transport niemiecki i Niemcy nas nie sprawdzili. Całe szczęście, bo koledzy byli już pod bronią i gdyby coś poszło nie tak...

    Dojechaliśmy do punktu koncentracji na ul. Królewską 16, do szkoły. Dziś już jej nie ma, a budynek nazywał się później Redutą Królewską, bo walczył do końca. Znajdowały się tam też 2 pracownie „Agatona” z materiałami fotograficznymi cichociemnego „Kubusia”. Stamtąd 1 sierpnia odjechał pierwszy transport na Wolę, ale samochód już po nas nie wrócił, bo w międzyczasie zaczęły się walki.

    Zostaliśmy z prądnicami, 2 akumulatorami, 2 czy 3 odbiornikami radiowymi i radiostacją rosyjską. Później, gdy dowództwo Śródmieścia zorientowało się, że słaba załoga nie utrzyma się długo, przysłali ludzi do wymiany i nas stamtąd wyprowadzili. Nie było tam wtedy barykad, a że byliśmy pod ostrzałem z PAST’y, trzeba było skokiem pokonać jezdnię. Ponieważ kulałem, trochę mi pomogli. Ciężki sprzęt, który zostawiliśmy, służył do końca. Jak się później dowiedziałem, w założeniach miał trafić do Komendy Głównej i „Bora” Komorowskiego.

    Pierwsza siedziba KG mieściła się przy Dzielnej w fabryce mebli Kamlera. Potem przeniesiono ją na Stare Miasto, na ul. Barokową, a po trafieniu bombą na Długą 7 do archiwum Akt Dawnych. Gdy już Stare Miasto miało być ewakuowane, pluton „Agaton” wraz ze wszystkim co do nich dotarło ze sprzętu, przeszedł kanałami do Śródmieścia, do budynku PKO na rogu Świętokrzyskiej (dziś stoi tam McDonalds – red.).

    Wtedy myślano, że jest on nie do zniszczenia. Stało się inaczej. Przypadkowa bomba wpadła do szybu windowego, dostała się na sam dół i eksplodowała. Były duże straty. Między innymi zginął mój przyjaciel Bernard Niemyt „Beniek”, któremu wybuch urwał głowę. I znów decyzja – przenosiny. Tym razem do centrali telefonicznej na drugą stronę Al. Jerozolimskich przy ul. Piusa XI 19. Tam w schronach centrali została urządzona siedziba Komendy Głównej, gdzie przetrwała do końca Powstania. Kiedy cały oddział wyszedł kanałami do Śródmieścia, nawiązałem z nimi kontakt i dołączyłem do nich. Tam urządziłem im centralę łączności radiowej.

    — Jak to wszystko działało?

    — Ostatnia siedziba miała niemal idealne warunki. Własna studnia głębinowa, własne źródło prądu i dość blisko stanowisk niemieckich, więc nie ostrzeliwali moździerzami kolejowymi „Thor”, bo obawiali się, że mogą trafić swoich. Centrala telefoniczna pracowała na olbrzymich akumulatorach, do ładowania których służyły prostowniki zasilane z sieci lub z agregatów diesla. Kiedy nie było prądu i elektrownia nie działała, pracował diesel.

    Dzięki temu KG mogła normalnie funkcjonować. Drugim ważnym ośrodkiem w tym okręgu był ośrodek informacyjny, a w nim radiostacja „Błyskawica”. Obsługa techniczna radiostacji nie była duża – 2 inżynierów – inż. Roman Kitzner i inż. Wróblewski i jeszcze technik, którego nazwiska nie pamiętam. Spikerzy zmieniali się w zależności od tego, jaką funkcję pełniła radiostacja, która przecież pracowała jako wojskowa „Błyskawica”, ale również – cywilna „Warszawa”. W tej pierwszej jednym ze spikerów był Zbigniew Świętochowski „Krzysztof”, a w „Warszawie” głównym spikerem był Jeremi Przybora.

    Jeden pokój służący za studio był wyłożony dywanami, a obok za kotarą ustawiono radiostację – dwa niezbyt duże panele. Już nie pracowała elektrownia. Na Hożej w tzw. Jajcarni, czyli wytwórni serów, były agregaty zainstalowane na wypadek, gdyby dla wielkich chłodni zabrakło prądu. I te agregaty zasilały w trakcie Powstania całą okolicę w tym szpitale i rentgeny. Stamtąd technicy przeprowadzili kabel do radiostacji.

    — Spodziewał się Pan wybuchu Powstania. Zawsze mnie ciekawiło, czy ludzie wiedzieli, że nadchodzi walka i na ile udało nam się zaskoczyć Niemców.

    — No tak, wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Oni też się czegoś spodziewali, dlatego nie było pełnego zaskoczenia. W tym wszystkim było sporo improwizacji. Teraz po latach, gdy się to na trzeźwo analizuje, można się dziwić, że Powstanie w ogóle wybuchło i jeszcze się tak długo utrzymało. A utrzymało się dlatego, że nie chcieliśmy iść do obozów. Przynajmniej, póki było czym walczyć. Moim zdaniem sprawdziły się komórki niższego szczebla – bataliony i ich dowódcy, natomiast nie sprawdziła się organizacja na poziomie kierowniczym.

    Nie powinno się robić pewnych rzeczy ad hoc. Prawie w ostatniej chwili zapadła decyzja o przeniesieniu KG z Mokotowa do Śródmieścia. Nie było sprawdzonego wcześniej miejsca, żeby ją ulokować. Oddanie fabryki na siedzibę KG przez Kamlera było zupełnym przypadkiem. Sprzęt zwieziono w ostatniej chwili. Przez pierwszą dobę po przeprowadzce, KG była odcięta od świata. Tylko łączniczki biegały do drugiego rzutu Komendy w sądach przy ul. Leszno i donosiły meldunki, które tam dopiero nadawano. Niektórzy oficerowie nie mieli odpowiednich kwalifikacji do pełnienia funkcji, do których zostali wyznaczeni.

    Może by się sprawdzili w boju, nie wiem. „Bór” Komorowski nie był takim dowódcą, na jakiego liczyliśmy, ale może to wynikało z tego, że był od początku chory. Od razu został ranny, potem miał zapalenie okostnej. Pamiętam z Pięknej, gdzie widzieliśmy go niemal codziennie – chodził z zabandażowaną głową. Dopiero jak szedł gdzieś do żołnierzy ze swoimi adiutantami, zdejmował bandaże. Nie widać było tego po nim, ale był człowiekiem ciężko chorym.

    Tak się zbiegło, że stało się to w ten czas, kiedy spadła na niego ta największa odpowiedzialność. I nie wiem, czy nie chciał wyznaczyć kogoś innego, czy nie mógł. Skończyło się tak, jak się skończyło. Ci, którzy nie polegli lub nie zostali zamordowani w czasie Powstania, niewolę przeżyli. Tu Niemcy dotrzymali słowa. Czego nie można powiedzieć o Rosjanach. Żołnierze, którzy pojechali do ZSRR, zaginęli.

    Rozmawiał MP
Numer: 25/326
Plik: zobacz
Data: 2 kwietnia 2009
Artykuły: